Piccioli w Balenciaga. Debiut couture, który stawia na kolor i rzeźbę
Pierpaolo Piccioli pokazał pierwszą kolekcję haute couture dla domu Balenciaga – z rzeźbiarskimi sylwetkami i barwną paletą.
Pierpaolo Piccioli pokazał w Paryżu swoją pierwszą kolekcję haute couture dla domu Balenciaga – z rzeźbiarskimi sylwetkami i rozświetloną, pełną koloru paletą, jak relacjonuje „Guardian”. Włoski projektant, który przez ćwierć wieku budował język Valentino, wchodzi teraz w jeden z najbardziej wymagających adresów mody z całą powagą, jakiej ten dom oczekuje.
Ciężar nazwiska
Balenciaga traktuje haute couture wyjątkowo serio, a powodów dostarcza sama historia domu. Cristóbal Balenciaga był tak przerażony wzrostem produkcji masowej, że w 1968 roku nagle zamknął markę i wycofał się do rodzinnej Hiszpanii, ogłaszając, że „wysoka moda jest śmiertelnie ranna”.
„Wysoka moda jest śmiertelnie ranna”
– Cristóbal Balenciaga, 1968
To zdanie ciąży nad każdym, kto po nim sięga po nożyczki w tym domu. Piccioli, jak podaje „Guardian”, podszedł do zadania sumiennie – świadomy, że przejmuje nie tylko markę, lecz i legendę o krawcu, który wolał zamilknąć, niż patrzeć na rozmycie rzemiosła.
Za projektantem stoi dwadzieścia pięć lat doświadczenia. W Valentino zbudował sobie pozycję mistrza koloru i objętości, człowieka, który potrafił z tkaniny wyczarować formę zawieszoną między architekturą a poezją. Teraz przenosi tę wrażliwość na grunt, który historycznie kojarzył się raczej z rzeźbiarską surowością i czystością linii niż z fajerwerkiem barw.
Rzeźba i kolor
Nowa kolekcja łączy dwa światy: dyscyplinę formy, z której słynął założyciel domu, i radosną, wręcz zabawową paletę, będącą podpisem samego Picciolego. Rzeźbiarskie sylwetki spotykają się z kolorem, który nie boi się być głośny. To gest znaczący – projektant nie udaje, że jest kimś innym, niż jest. Zamiast pokornie naśladować archiwum, wprowadza własny temperament w dialog z tradycją.
Takie podejście wiele mówi o dzisiejszej modzie. Domy o wielkich nazwiskach coraz częściej sięgają po projektantów z wyrazistym, osobistym językiem, ufając, że napięcie między dziedzictwem a indywidualnością da coś świeżego. Ryzyko jest oczywiste: można urazić strażników pamięci założyciela. Nagroda też – kolekcja, która żyje, a nie tylko celebruje muzeum.
Paryski tydzień couture
Debiut Picciolego był jednym z punktów jesiennego tygodnia haute couture, który tradycyjnie zamienia Paryż w stolicę rzemiosła najwyższej próby. W tym samym rytmie „Guardian” odnotował drugi pokaz Armani Privé prowadzony przez siostrzenicę Giorgia Armaniego – to kolejny dowód na to, jak wielkie domy szukają ciągłości, powierzając ster osobom z nowym spojrzeniem, choć zakorzenionym w rodzinnej czy twórczej tradycji.
Haute couture pozostaje najbardziej ekskluzywnym poziomem mody – ubraniami szytymi na miarę, w liczbie egzemplarzy, którą można policzyć na palcach, dla klientek, których nazwisk domy strzegą jak tajemnicy. To także laboratorium, w którym testuje się to, co dopiero za sezony spłynie niżej, do bardziej dostępnych kolekcji.
Dlatego debiut w takim miejscu to nie tylko pokaz sukienek. To deklaracja tożsamości – projektanta wobec domu, domu wobec własnej przeszłości, i całej branży wobec pytania, czy wysoka moda ma jeszcze coś do powiedzenia poza pielęgnowaniem legend.
Piccioli odpowiedział kolorem tam, gdzie spodziewano się ascezy. I to jest w tej propozycji najciekawsze.


