Skip to content
Moda i styl

Koniec przymierzalni: czy wygoda jest warta utraty modowego chaosu?

Sieci handlowe coraz częściej rezygnują z przymierzalni. Czy to oszczędność, czy oznaka ery, w której dotyk i błąd w modzie przestają być ważne? Przyglądamy się znikaniu kabin i modowym miejscom, które stawiają na nie odwrotnie.

3 min czytania
Koniec przymierzalni: czy wygoda jest warta utraty modowego chaosu?

W czasach, gdy można zamówić sukienkę z dostawą pod drzwi bez jej dotknięcia, wybór sklepów, które likwidują przymierzalnie, wydaje się logiczny. Ale coś mi tu nie gra. Odkąd Brandy Melville zamknęło wszystkie swoje kabiny w USA, Wielkiej Brytanii i Kanadzie, a nastolatki zaczęły zalewać TikToka lamentami, pytanie: „jak mam sprawdzić, czy to na mnie ładnie leży?” przestało być błahe. Bo być może tracimy nie tylko miejsce do przymierzania, ale też ostatnią publiczną przestrzeń, w której mogłyśmy popełniać modowe błędy bez konsekwencji.

Koniec kabiny: od Sainsbury’s po Brandy Melville

Decyzja o pozbyciu się przymierzalni nie jest odosobniona. W Wielkiej Brytanii w 2025 roku Sainsbury’s zamknął wszystkie swoje kabiny, tłumacząc to potrzebą „uproszczenia zadań w sklepach”, a sieć second-handów Goodwill w USA zrobiła to samo w 2023 roku z powodu kosztów personelu. Brandy Melville milczy na temat swoich powodów, ale w sieci krążą dwie teorie: wzrost kradzieży oraz słynny „problem z gumą do żucia” - TikTokowy trend, w którym klientki przyklejały gumę do firanek, by zapewnić sobie prywatność. Pomysł genialny, ale obrzydliwy.

Jak pisze redakcja „The Guardian” w swoim najnowszym artykule, decyzje te zapadają w momencie, gdy brytyjskie ulice handlowe pogrążają się w kryzysie. W kwietniu odnotowano największy spadek sprzedaży od 40 lat, a poziom kradzieży sklepowych bije rekordy. Likwidacja przymierzalni to dla sieciówek oszczędność na ochronie i personelu oraz więcej miejsca na towar.

Czy wirtualne przymiarki zastąpią dotyk?

Technologia oferuje alternatywy: Uniqlo udostępnia narzędzia do wpisywania miar, Asos wprowadza wirtualne przymiarki oparte na skanowaniu 3D. Tylko, że to wciąż nie to samo. Konsultantka Catherine Shuttleworth zauważa w rozmowie z „Guardianem”, że zachowanie klientów też się zmieniło - coraz częściej przymierzamy w sklepie, żeby potem kupić online. Sieci nie chcą być darmową wypożyczalnią.

A co z doświadczeniem samej kabiny? Każda z nas zna ten stan: ciasny boks, ostre światło wyolbrzymiające każdą nierówność, konieczność ponownego ubierania się, by znaleźć inny rozmiar. Shuttleworth pyta retorycznie: „Po co wciskać się w gorącą, spoconą przestrzeń, skoro możesz przymierzyć w komforcie własnego pokoju?”.

Nowa nadzieja: salon zamiast kabiny

Ale na tym tle pojawia się odwrotny trend. Marka Rixo w swoim flagshipu w zachodnim Londynie oferuje kącik kawowy, koktajl bar i indywidualne, dobrze oświetlone naturalnym światłem kabiny. Zara, remontując sklep na Oxford Street, poszerzyła strefę przymierzalni, postawiła na drewniane panele, a sensoryczne tagi informują personel, jakie ubrania zostały zabrane do środka - żeby szybciej dostarczyć inny rozmiar.

Jak przypomina „Guardian”, przymierzalnia to nie tylko logistyka. To miejsce, w którym Carrie Bradshaw z „Seksu w wielkim mieście” stanęła twarzą w twarz z Natashą, a Vivian z „Pretty Woman” wypowiedziała kultowe: „Big mistake. Big. Huge!”. Dla nastolatek to często jedyny pretekst, żeby spędzić czas z przyjaciółkami przed lustrem, a nie za ekranem telefonu.

Znikające kabiny to nie tylko kwestia wygody. To test, czy w świecie algorytmów i darmowych zwrotów wciąż chcemy ryzykować, że coś na nas zaskoczy (albo nie zaskoczy) w trzech wymiarach. Ja stawiam na to drugie - nawet jeśli oznacza to gumę do żucia na firance.

Redakcja Lukrezja

AUTHOR