CrazySexyCool. Kwame Kwei-Armah opowiada TLC jako historię siostrzeństwa
W waszyngtońskim Arena Stage powstał musical o legendarnym żeńskim trio R&B lat 90., wyreżyserowany przez cenionego dramaturga Kwame Kwei-Armaha.
W waszyngtońskim Arena Stage debiutuje „CrazySexyCool” – musical o TLC, jednym z najważniejszych żeńskich zespołów R&B lat 90., pod okiem uznanego dramaturga Kwame Kwei-Armaha, jak informuje Guardian. Spektakl prowadzi widza przez ponad dekadę kariery tria: Lisy „Left Eye” Lopes, Rozondy „Chilli” Thomas i Tionne „T-Boz” Watkins – od platynowych przebojów po zwroty akcji rodem z tabloidów.
Tytuł nie jest przypadkowy. Album „CrazySexyCool” z 1994 roku uczynił z TLC zjawisko kulturowe, a piosenki takie jak „Waterfalls” czy „No Scrubs” do dziś potrafi zaśpiewać kilka pokoleń. Kwei-Armah upakował na scenie stertę tych utworów, budując z nich opowieść o sukcesie, ale też o trudzie, chorobie i cenie sławy.
Czarne historie opowiadane przez czarnych twórców
Reżyser nie ukrywa, jaki cel przyświeca temu przedsięwzięciu.
„Nie ma zbyt wielu czarnych historii tworzonych przez czarnych twórców w teatrze”
– mówi Kwame Kwei-Armah, cytowany przez Guardiana. To zdanie brzmi jak diagnoza całej branży, w której biografie czarnych artystek wciąż częściej trafiają na scenę przefiltrowane przez cudze spojrzenie niż opowiedziane z wnętrza własnego doświadczenia.
„CrazySexyCool” jest w tym sensie gestem odzyskania narracji. To nie tylko koncert największych przebojów, ale próba pokazania, co działo się między światłami reflektorów – jak trzy kobiety budowały i przez lata utrzymywały siostrzeństwo w przemyśle, który rzadko bywał wobec nich życzliwy.
Więcej niż nostalgia
Historia TLC ma w sobie dramaturgiczny ciężar, jakiego nie trzeba dopisywać. Zespół, mimo statusu jednego z najlepiej sprzedających się żeńskich składów w historii, mierzył się z problemami, o których pisała ówczesna prasa. Lisa „Left Eye” Lopes zginęła w wypadku samochodowym w 2002 roku, co na zawsze zamknęło pewien rozdział w dziejach grupy.
Musical Kwei-Armaha, opisany przez Guardiana jako „tętniąca życiem” produkcja, próbuje pogodzić dwie tonacje: radość wspólnego śpiewania refrenów, które definiowały epokę, oraz powagę opowieści o kobietach, które płaciły realną cenę za każdą platynową płytę.
Bo za tytułowym „crazy, sexy, cool” zawsze kryły się trzy prawdziwe kobiety – i to o nich, a nie o ich wizerunku, chce mówić ten spektakl.


