Ana Mendieta. Wulkan, który zgasł zbyt wcześnie
Londyńska wystawa przywraca do świadomości Anę Mendietę – kubańsko-amerykańską artystkę, która zginęła w 1985 roku w niewyjaśnionych okolicznościach.
Latem 1985 roku, jak opisuje The Guardian, Ana Mendieta pracowała przed swoją pracownią w Rzymie z prochem strzelniczym i piłą łańcuchową, szukając skali dla nowego zamówienia do MacArthur Park w Los Angeles. Miała 152 centymetry wzrostu i była wtedy w szczycie sławy. Kilka miesięcy później nie żyła – spadła z okna nowojorskiego apartamentowca.
Kubańsko-amerykańska artystka była gwiazdą świata sztuki lat 70. i 80. Jej performansy i fotografie – ciało odciśnięte w ziemi, sylwetki wypalane ogniem i prochem, kształty pozostawione w błocie i piasku – łączyły ludzkie ciało z naturą w sposób, który wciąż porusza. Znajoma cytowana przez The Guardian wspomina ją słowami:
„Myślałam o niej jak o wulkanie”.
Śmierć Mendiety pozostaje jedną z najbardziej niepokojących zagadek świata sztuki. Jej mąż, rzeźbiarz Carl Andre, został oskarżony o morderstwo, a następnie uniewinniony. Przyjaciele artystki do dziś szukają odpowiedzi.
Teraz duża wystawa jej prac przyjeżdża do Londynu, przypominając twórczynię, której geniusz przez dekady był przyćmiony okolicznościami jej odejścia.
Wulkan zgasł w wieku 36 lat. Jego ślad w ziemi trwa.


